Spotkać Boga na wakacjach

Na Morzu Norweskim L.N.

Spędziliśmy ponad tydzień w jednym z ośrodków wypoczynkowych na wyspie Dønna, niedaleko Sandnessjøen, miasteczka położonego w środku Norwegii. Jest to ulubione miejsce mego krewnego, który będąc wcześniej przedsiębiorcą, przyjeżdżał tam ze swymi współpracownikami. Było nas pięcioro: poza mną i Romkiem, jeszcze Tomek z kilkunastoletnią córką i synem. Norweg, właściciel ośrodka i fabryki karmy dla łososi, bardzo rzeczowy i życzliwy, udostępnił nam bungalow, łódź motorową i sprzęt do łowienia ryb. Z ośrodka wychodzi kilka pomostów na przepiękną zatoczkę, a właściwie mały fiord. Bajeczne okolice. Z molo widać w przejrzystej wodzie dno, po którym spacerują kraby i rozgwiazdy.

Jednego dnia łowiliśmy z łodzi dorsze. System echolokacji pozwalał domniemywać obecność małych ławic ryb. Dorsze żerowały w toni wodnej w niewielkiej odległości od morskiego dna. Nawet nowicjusze wędkarscy wyciągali dorodne sztuki. Wyczuwając dno przez spuszczenie rybopodobnego pilkera na żyłce, ustawialiśmy przynętę na stosownej głębokości. Zaczęły się połowy, zakończone wieczorem, kiedy w plastikowej skrzynce mieliśmy już kilkadziesiąt sztuk dorszy.

Norwegowie są narodem myśliwych i rybaków. Słowo laks, czyli „łosoś”, jest niemal kultowym słowem u tych potomków wikingów. Łososie w rzekach są co roku liczone systemem kamer, łowione, ale też i chronione. Marzeniem Norwega pozostaje jednak złowić jeszcze większą rybę: kveite, czyli halibuta. 

Łowy na halibuta

Romkowi zamarzyły się łowy na halibuta, chociaż wymagają sporo zachodu. Trzeba znać miejsce jego żerowania oraz dysponować odpowiednim ekwipunkiem. Te warunki pomógł nam spełnić właściciel ośrodka. Wcześniej w zatoce rozciągnęliśmy na noc sieci, w które wpadła ponad setka makreli i śledzi. Część z nich posłużyła za przynętę na halibuta. Zaczepia się ją na haczyki wieńczące około metrowe linki. Te z kolei, zamocowane co kilka metrów, są odgałęzieniami głównej, kilkusetmetrowej liny. Wieczorem wypływa się na wody i powoli spuszcza się linę, obciążając ją przy końcach kamieniami, ale też zabezpieczając pływającymi po powierzchni bojkami. Ich pomarańczowy kolor ułatwi lokalizację liny, gdy wróci się rano w oczekiwaniu na pomyślny połów.

Całą piątką wypłynęliśmy ze dwadzieścia kilometrów na północ od naszej wyspy, w głąb Morza Norweskiego. Prognoza pogody zapowiadała temperaturę ponad 15°C i drobne, przelotne opady. Modliliśmy się o pomyślny przebieg naszej sierpniowej wycieczki. Aluminiowa łódka śmiało pruła łagodne fale otwierającego się przed nami morza. Wiozła w niebywały świat tysięcy drobnych wysp, najeżonych skałami. Na obrzeżach większych z nich znajdowały się rorbu, drewniane domki na palach, zapewniające kwaterunek dla weekendowych rybaków czy turystów. Małe wyspy były bezludne, surowe, służąc za siedlisko głównie ptakom i wydrom.

Dotarliśmy do Varøya, maleńkiej, dziewiczej wyspy. Zatoka witała nas przyjaźnie ławicą białego, muszlowego piachu. Trwający odpływ morski kazał przezornie skorygować miejsce przycumowania łodzi. Wszyscy, a dzieci najbardziej, cieszyliśmy się tym rajskim widokiem. Był czas na modlitwę, a potem na obiad z kociołka. Zaczął dąć silniejszy wiatr, który sprowadził chmury i deszcz. W przypadku niepomyślnej pogody mieliśmy przenocować w namiocie. Jak to bywa między ludźmi, doszło do różnicy zdań. W obawie o dzieci Tomek chciał wrócić na Dønnę. Romek ustąpił i podjął wyzwanie powrotu. Po drodze zrzuciliśmy w morze linę, pamiętając o rybackim celu eskapady. Wiatr stawał się jednak gwałtowniejszy, deszcz zacinał, a coraz wyższe fale zaczęły chybotać motorówką. Ojciec nakazał dzieciom położyć się i przykryć namiotem na dnie łodzi. W ich obecności nie rozmawialiśmy o zagrożeniu. Łódź dysponowała morską nawigacją, ale nie było czasu, by ją przestudiować i użyć za przewodnika do celu. Romek stanął na dziobie łodzi i naprowadzał przy pomocy lampy nurkowej. Płynęliśmy obok kilku potężnych statków, którym zazdrościliśmy spokoju. Niebezpieczeństwo zdawało się przychodzić z każdej strony: wiatru, fal, deszczu, ciemności, skał i mielizny. Alarm w łodzi i czerwone światło ostrzegały przed dnem czy boczną skałą, potęgując nastrój grozy. Nie dysponowałem żadną umiejętnością, którą mógłbym wesprzeć kolegów, certyfikowanych sterników. Chwyciłem za różaniec i bezgłośnie się modliłem.

Wreszcie Romek wypatrzył latarnię portu jachtowego w Lurøy. W ciemnościach nocy czuł się wewnętrznie przynaglony, aby płynąć w tę stronę, skąd niebawem zobaczył zielone światło przystani. Ma żarliwą pobożność maryjną. Zacumowaliśmy pośród innych łodzi i jachtów, w porę wyhamowując. Weszliśmy na molo prowadzące do mesy. Napis na drewnianej tablicy był zachęcający: gjeste kai, czyli „nabrzeże dla gości”. Odnosiliśmy wrażenie, jakby w schronisku morskim ktoś na nas czekał, choć nikogo nie było. W przytulnej marinie mogliśmy wysuszyć ubranie, wykąpać się, napić się herbaty, położyć się pokotem na ciepłej podłodze czy fotelach. Rano zaświeciło słońce. Wróciliśmy po linę i wyciągnęliśmy kilkukilogramowego dorsza czarniaka oraz ponad metrowego halibuta, wiszącego na jednej z ostatnich linek. 

L.N.