Spotkać Boga na wakacjach

Niezwykłe spotkania w Jerozolimie dk. Bogdan Sadowski

Miałem szczęście być w Ziemi Świętej wielokrotnie. Zawsze jest to wielkie przeżycie, ale chyba nic nie przewyższy pierwszego pobytu. Co prawda, znane jest powiedzenie, że im częściej ją odwiedzasz – tym lepiej rozumiesz, jak mało ją znasz, ale druga strona tego medalu to osoby uznające się za ekspertów nawet po dość krótkim pierwszym i jedynym pobycie z pielgrzymką i z przewodnikiem. Mnie się jednak udało coś bardziej nieoczekiwanego.

Dzięki pracy w TVP w redakcji katolickiej i dzięki sponsorowi (redakcji katolickiej nie było stać na wyjazdy zagraniczne) mogliśmy z kolegą Witoldem Kołodziejskim wyjechać do Ziemi Świętej, żeby nagrać materiał do felietonu na czas zbliżającego się Wielkiego Jubileuszu 2000 roku. Według sponsora mieliśmy zagwarantowane spotkania przed kamerą z obecnym w tym czasie w Izraelu ks. prof. Waldemarem Chrostowskim, znakomitym biblistą i uznanym przewodnikiem po miejscach świętych. Niestety (tak nam się wtedy wydawało) ks. profesor pierwszego dnia po naszym przyjeździe miał dość napięty harmonogram związany z pielgrzymką, której służył swoją rozległą wiedzą. Cóż było robić?

Mieszkaliśmy w arabskiej dzielnicy nieopodal Starego Miasta w Jerozolimie; miejsce dobrze pozwalało poczuć atmosferę Świętego Miasta. Nie pamiętam już, skąd przyszedł mi do głowy ten pomysł, ale zaproponowałem, żebyśmy nie wyciągali przewodników, które oczywiście mieliśmy ze sobą. Nie musieliśmy się spieszyć, a Stare Miasto było na wyciągnięcie ręki. Witold jakoś przystał na ten pomysł i ruszyliśmy z samego rana.

Najbliżej nas była Brama Heroda i nią po raz pierwszy przekroczyliśmy mury Starej Jerozolimy. Brama ta, jak się później okazało, jest najmniej interesująca dla odwiedzających, ponieważ prowadzi do arabskiej dzielnicy mieszkaniowej. Tuż po jej przekroczeniu zobaczyliśmy „zwykłą”, jeżeli tak można napisać o jakiejkolwiek ulicy Starej Jerozolimy, ulicę wykładaną kamieniami, bez chodnika i z wieloma (zamkniętymi) wejściami do poszczególnych domów. Powoli nasz entuzjazm przygasał, ale w pewnym momencie przed naszymi oczyma pojawiło się skrzyżowanie z inną ulicą. Mnie jakby uderzył piorun! Byłem jeszcze świeżym absolwentem historii sztuki kościelnej ATK (dzisiejszy Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie). Dla studenta historii sztuki napis, jaki dostrzegłem przed oczyma, był jednym z najbardziej znanych sformułowań. Przeczytałem bowiem nazwę: VIA DOLOROSA! Jest to określenie używane do opisu przedstawień w sztuce ukazujących jakiś moment drogi krzyżowej Pana Jezusa. Być może były to ułamki sekund, ale przez moją głowę przetoczyła się istna lawina myśli. To jest przecież nie tylko „jakaś” nazwa, znana historykowi sztuki, ale to jest NAPRAWDĘ to miejsce! Każdemu życzę takiego przeżycia. Do dziś przechodzą mnie dreszcze, jak o tym myślę.

Tego dnia „odkryliśmy” jeszcze kilka innych niezwykłych miejsc, naprawdę nie wiedząc, gdzie ich szukać, ponieważ nie tylko nie otwieraliśmy przewodnika, ale i zrezygnowaliśmy z pytań tubylców o drogę. W pewnym momencie na przykład przeszliśmy przez pełen harmidru arabski suk (bazar), weszliśmy jakby do ciemnego tunelu i nagle nieoczekiwanie wyszliśmy na dziedziniec przed Ścianą Płaczu. Innym razem błądząc zaułkami dotarliśmy do maleńkiej furtki – a za nią ukazał nam się tłum przed wejściem do świątyni – okazało się, że doszliśmy do Bazyliki Grobu Pańskiego. Do obu tych miejsc wiodą inne turystyczne szlaki, jednak my dotarliśmy tam, przechodząc akurat przez te zaułki, furtki i bramy, które dostarczyły nam niezwykłych przeżyć w roli „odkrywców”.

Tych odkryć było później jeszcze więcej – grota narodzenia Najświętszej Marii Panny przy Bramie św. Szczepana, czy Jej grób w dolinie Cedronu u stóp Góry Oliwnej, albo schody którymi prowadzono Jezusa „od Annasza do Kajfasza” (już poza murami przy kościele „Piania Koguta” – Kościół św. Piotra in Gallicantu). Lektura przewodnika po tych wydarzeniach nabrała zupełnie innego smaku.

Jak wspomniałem, mimo wielu ponownych wizyt w Ziemi Świętej, podczas których zawsze odkrywałem dla siebie coś nowego, tego pierwszego pobytu nie zapomnę nigdy.

Okazuje się, że warto czasami podczas naszych eskapad, nie tylko religijnych i nie tylko poza naszymi granicami, odłożyć lekturę przewodnika na później. Wszystkim Czytelnikom „Magnificat” życzę jak najwięcej tego typu odkryć.

 

Bogdan Sadowski – diakon stały archidiecezji warszawskiej, dziennikarz, pracował w różnych mediach katolickich. Redaktor naczelny polskiej edycji „Magnificat”.