Kobiety przemieniające świat

Teresa Strzembosz - Nie znajdziecie mnie na Powązkach Alina Petrowa-Wasilewicz

Na pogrzeb Teresy Strzembosz 8 czerwca 1980 roku przybyły tłumy, jakby była wybitnym politykiem lub celebrytą. I zapewne każdy z uczestników pożegnania tej zaledwie czterdziestoletniej kobiety miał za co jej dziękować: za pomoc w biedzie, pielęgnowanie w chorobie, załatwienie leków, ocalone przed aborcją dziecko.

 Wychowanie w dobrym warszawskim domu

Pochodziła z dobrego warszawskiego domu adwokata Adama Strzembosza i jego żony Zofii. Z tego domu wraz z bliźniaczymi braćmi Tomaszem i Adamem, późniejszymi profesorami historii i prawa, wyniosła niezachwiane wartości – miłość do Boga i Polski, przeświadczenie, że ubogim trzeba nie tylko iść, ale wręcz biec na pomoc. Znany mecenas często nie brał wynagrodzenia za prowadzenie spraw sądowych, jego żona znana była warszawskiej biedocie, gdyż nikt nie odchodził z pustymi rękoma, gdy prosili o wsparcie.

Teresa miała dziewięć lat gdy wybuchła wojna, która ukazała dziecku bezmiar cierpienia. Jej talent i nieustępliwy charakter objawił się, gdy jako nastolatka w szkole w Falenicy organizowała koła PCK, a także wieczory taneczne i loterie, zaś zarobione pieniądze przeznaczała na bułki i mleko dla kolegów, którzy do szkoły nie przynosili drugiego śniadania. Koledzy nazywali ją uszczypliwie „paniusią od miłosierdzia”, ale potulnie włączali się w realizację jej projektów. Już wówczas objawił się jej przywódczy talent, upór i nieustępliwość.

Nie została przyjęta na studia medyczne, bo władze uczelni uznały ją za  „element klasowo obcy”. Ukończyła więc kursy felczerskie i zaczęła jeździć w Pogotowiu Ratunkowym. Docierała dzięki temu nie tylko do ludzi chorych, ale także samotnych, biednych, zmiażdżonych przez wojnę. Wpadła na pomysł organizowania rekolekcji w Łaźniewie pod Warszawą dla chorych i wywożenia ich w tym celu samochodami za miasto (w tamtych czasach był to prawdziwy wyczyn). Jej praktyczny umysł znajdował rozwiązania tyleż praktyczne, co proste i oczywiste. Wobec niedociągnięć i braków państwowej służby zdrowia wpadła na pomysł zorganizowania w każdej parafii opieki nad chorymi.

 Paniusia od miłosierdzia

Bezbłędnie odczytywała znaki czasu. Powojenna bieda i brak perspektyw dla mieszkańców wsi powodowała liczną migrację młodych do miast. Zwłaszcza kobiety należały do grupy podwyższonego ryzyka, bo nieraz pierwszą osobą, która się nimi zainteresowała po przybyciu do miasta był sutener. Teresa jeździła na dworce, przejmowała dziewczyny, zorganizowała współpracę z siostrami ze Zgromadzenia Sióstr Bożego Miłosierdzia.

W nowych warunkach dziewczyny, zagubione w dużym mieście, zachodziły w ciążę. Opieka nad nimi stawała się coraz bardziej naglącym problemem, gdyż często odrzucone przez rodziny, były skazane na samotność. „Paniusia od miłosierdzia” wzięła na barki rozwiązywanie także tego problemu. Przekonała prymasa Wyszyńskiego, z którym stale współpracowała i potrafiła przekonać do sensowności swoich inicjatyw, że Kościół, broniący życia, zwłaszcza po legalizacji aborcji w 1956 r., powinien także czynem wspierać zagrożone aborcją dzieci. W ten sposób w archidiecezji warszawskiej z jej inicjatywy powstał pierwszy dom dla samotnej matki. Na razie podopieczne zamieszkały w budynku opuszczonej karczmy w Chyliczkach i po wypłakaniu się pani Teresie, uczyły się rozwiązywania problemów, przyjęcia dziecka, znajdowały pracę. W wielu wypadkach dziewczyny wychodziły za mąż za ojca dziecka, godziły się z rodziną. Album z uratowanymi przed aborcją dziećmi pęczniał w szybkim tempie.

 Radykalizm życia

Te społeczne i obyczajowe zmiany były sygnałem do zainicjowania kolejnego dzieła – poradni rodzinnych, nauczających naturalnych metod planowania rodziny. Teresa była przekonana, że rodzice świadomie powinni decydować o tym, ile dzieci chcą i mogą wychować w godnych warunkach. Grupa instruktorek rozpoczęła swoją działalność.

Żyła i pracowała jak w gorączce, często zarywała noce, nieraz trzy z rzędu. Dawała się innym bez kalkulacji, ale też przezorności. Uzależniła się od papierosów i kofeiny, dzięki którym pracowała także w nocy. Sprawiała wrażenie, że pragnie spłonąć. Była „podszyta” Bogiem, całkowicie przez Niego zagarnięta. Ale ta najgłębsza więź i źródło jej gorączkowej służby była najpilniej strzeżoną przez nią tajemnicą. Tylko spowiednikowi uchylała rąbka tajemnicy. Nie chciała „żyć sobie wygodnie i dodatkowo «wierzyć»”, dążyła do radykalizmu. Chciała wyrzec się siebie i wszystkiego poza Bogiem.

Tłumy wdzięcznych ludzi odwiedzały ją w czasie trwającej trzy miesiące agonii, gdy umierała na raka. Wiedziała, że odchodzi, rozdała wszystkie swoje ubrania. Strasznie cierpiała, ale środki znieczulające brała tylko zgodnie z zaleceniami lekarza. Była spokojna, świadoma, że nie umiera, a idzie do jedynej Miłości. Uspakajała bliskich, zwłaszcza zrozpaczoną matkę, że wszyscy się w tej Miłości spotkają. Dlatego radziła: Nie chodźcie na Powązki, mnie tam nie będzie. 

 

Alina Petrowa-Wasilewicz jest wieloletnią dziennikarką Katolickiej Agencji Informacyjnej i autorką kilkunastu książek.