Polscy kandydaci na ołtarze

Sługa Boży o. Bernard Łubieński CSsR (1846–1933) Elżbieta Wiater

Kiedy za radą wuja udawał się na rekolekcje powołaniowe, ciotka zwróciła uwagę na pewien istotny szczegół. Otóż jego pradziadek, Feliks Łubieński, w 1808 r. jako minister wpłynął na wypędzenie redemptorystów z Polski. Wtedy zrodziło się marzenie, by przyszły o. Bernard odkupił tę winę, sprowadzając ich z powrotem. Tak się stało. 

Przez Petersburg do Anglii

Rodzina Łubieńskich należała do arystokracji, jednak po tym, jak dziadek przyszłego redemptorysty wziął udział w Powstaniu Listopadowym, skonfiskowano im dobra. Ojciec po niepowodzeniu w zarządzaniu majątkiem w Szewnej znalazł zatrudnienie w Petersburgu jako dyrektor fabryki. Tam dom Łubieńskich był centrum, w którym spotykały się drogi wielu znanych Polaków, m.in. bywał tam ks. Zygmunt Szczęsny Feliński, który był spowiednikiem Bernarda. To jemu zapewne dziewięcioletni chłopiec powiedział jako pierwszemu, że chce zostać kapłanem.

Kiedy Łubieński miał dwanaście lat, wraz z najstarszym bratem został wysłany do kolegium katolickiego w Anglii, w Ushaw. Pierwszy rok był bardzo trudny, także z powodów językowych. Powołanie pozostawało żywe, szczególnie że Bernard odkrył wtedy pobożność maryjną i oddał się w niewolę Maryi. Choć na początku uważał zakonników za „pasibrzuchy”, to później zmienił zdanie. Wiele lat potem zapisze, że od rekolekcji powołaniowych „ani na chwilę do dnia dzisiejszego nie wątpiłem, że jestem powołany do zakonu”.

U redemptorystów spotkał swojego późniejszego wieloletniego kierownika duchowego, o. Coffina, i jeszcze w nowicjacie został gorliwym czcicielem Matki Bożej Nieustającej Pomocy. 

Odkupienie win pradziadka

Po święceniach przez jedenaście lat pracował w Anglii, także z imigrantami. W 1882 r. faktem stało się to, co jeszcze za czasów nowicjatu o. Bernarda wydawało się mrzonką – redemptorystom zaproponowano fundację na ziemiach polskich, w Mościskach. Łubieński musiał na nowo uczyć się ojczystego języka, w czym niewątpliwie pomogło mu zaproszenie ówczesnego arcybiskupa Krakowa. Ten na wieść, że ten zakon przygotowuje się do fundacji, zaprosił misjonarza, by zamieszkał w jego pałacu biskupim i głosił kazania dla wizytek. Ich przełożona miała zadanie, by wychwytywać błędy językowe w kazaniach redemptorysty, tak by mógł je korygować. Sądząc po jego późniejszych sukcesach kaznodziejskich, pomoc była skuteczna.

Pod koniec maja 1883 r. zakonnicy udali się na swoją pierwszą placówkę. Warunki były tam straszne, spali na rzuconych na podłogę wiązkach słomy, po których łaziło wszelkie robactwo. Język i kulturę polską znał tylko o. Bernard, na nim więc początkowo spoczywał cały ciężar duszpasterstwa. Wielkie ożywienie duchowe spowodowały rekolekcje poświęcone ikonie Matki Bożej Nieustającej Pomocy, szczególnie że właśnie Jej wstawiennictwu przypisano ustanie gradobić nękających tamte tereny. 

Czciciel Matki Bożej Nieustającej Pomocy

Niecałe dwa lata po przybyciu do Mościsk o. Łubieński miał atak choroby, która wywołała u niego paraliż ciała. Wysłano go na kuracje „do wód”, dzięki którym odzyskał częściowo sprawność, jednak już do końca życia musiał chodzić o lasce. Mimo to był niesłychanie płodny jako misjonarz. Wygłosił tysiące rekolekcji, przeprowadził setki misji, był cenionym spowiednikiem. Jego penitentami byli ludzie prości, ale też kapłani i biskupi. Do tego nieustannie pisał i pozostawił po sobie duży dorobek literacki. Gdziekolwiek jechał głosić, szerzył kult Matki Bożej Nieustającej Pomocy, tworzył też bractwa religijne.

Marzył, by redemptoryści powrócili do Warszawy, a także podejmował starania o fundacje w zaborze pruskim. Niestety, dopóki trwały zabory, wszystkie te wysiłki pozostawały bezowocne. Na szczęście o. Łubieński dożył odzyskania niepodległości i w wolnej Polsce udało mu się zrealizować te marzenia. Chociaż był coraz starszy nie brakowało mu energii. W liście do zaprzyjaźnionej karmelitanki pisał: „Niedobrą mam zaiste naturę, tak jak mój pradziad, który mając 80 lat, z dubeltówką szedł na wały walczyć z Moskalami. Tak i ja stary dziad kulawy rwę się do pracy. Czyż to nie wstyd?” Jak widać. o. Bernard miał także poczucie humoru i dystans do siebie. Potrafił też być bardzo bezpośredni – podczas rekolekcji dla episkopatu Polski nie wahał się wołać: „Biskupie, to wilk wdziera się do owczarni, a ty śpisz?!”

Zmarł otoczony miłością i szacunkiem w Warszawie, 10 września 1933 r.

 

 Elżbieta Wiater – doktor teologii, historyk, autorka kilku biografii świętych, publicystka katolicka. Mieszka w Krakowie.