Artykuły miesiąca

Droga Krzyżowa Ks. dr Marek Dobrzeniecki

Droga Krzyżowa


Wstęp

„Nie takiego bowiem mamy Najwyższego Kapłana, który nie mógłby współczuć nam w słabościach. Przeciwnie, podobnie jak my doświadczył On wszystkiego – oprócz grzechu” (Hbr 4,15). Ten cytat z Listu do Hebrajczyków będzie przewodził naszym rozważaniom. Daje on nam wskazówkę do rozumienia, jaki jest cel medytacji nad poszczególnymi cierpieniami Chrystusa w ostatnich godzinach Jego życia. Tym celem jest rozpoznać siebie w poszczególnych stacjach i zrozumieć, że w najgorszych momentach i kryzysach własnego życia nie jestem sam. Jezus zna mój ból, i nie jest to wiedza teoretyczna. Mój los jest zawarty w poszczególnych stacjach Męki Pańskiej, a to znaczy, że został on już przezwyciężony i odkupiony na Krzyżu. Już dziś wiadomo, że mój los ma szczęśliwe zakończenie.

Każdego z nas czeka śmierć: możemy umierać samotnie albo z Jezusem. Nasz udział w nabożeństwie Drogi Krzyżowej powinien być przygotowaniem do tego drugiego. Pierwsza ewentualność jest zbyt straszna. Jak pisze o. Augustyn Pelanowski: „Nie zazna spokoju uciekający przed Bogiem i przed ludźmi. Kto unika umierania dla Boga i dla innych, tego znajduje najbardziej niepokojąca postać śmierci – otchłań i bezsens”.

* * *

Każda stacja zaczyna się wezwaniem:

K. Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie,
W. Żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył.

 

Po każdej stacji można powiedzieć:

K. Dla Jego bolesnej męki
W. Miej miłosierdzie dla nas i całego świata.

 

Stacja I
Jezus skazany na śmierć

Żyjemy w czasach nieustannych oskarżeń. Ponieważ dziś ludziom ciężko jest powiedzieć: „przepraszam”; ponieważ słowo „grzech” jest słowem zakazanym, to winnych muszą szukać w innych: rodzicach, dzieciach, współmałżonku, Kościele, politykach, szefie, przypadkowym przechodniu. To dlatego często padamy ofiarą obmowy, przypisania złych intencji, oskarżenia. Jezus zna ból niesprawiedliwego procesu i sądu. On sam został uznany za bardziej godnego śmierci niż zabójca Barabasz. W momencie skazania na haniebną śmierć krzyżową – śmierć najgorszych przestępców - tylko Jego Ojciec, matka i mała garstka Jego uczniów zna prawdę o Jego świętości. Tylko to się zatem liczy. Liczy się moje serce i moje sumienie. Liczy się to, że Bóg je zna. On wie, kim naprawdę jestem. Nawet jeśli nie spełniałem (nie spełniałam) oczekiwań moich rodziców, współmałżonka, dzieci, szefa, księdza, znajomych i dawano mi to do zrozumienia, to Bóg znał zawsze prawdę o mnie i znał mój ból niesprawiedliwego oskarżenia. Dla Niego jestem sprawiedliwszy niż Barabasz. Od Niego otrzymuję wyrok uniewinniający. I tylko ten Boski osąd, a nie osąd ludzki – Piłata, się liczy.

 

Stacja II
Jezus bierze krzyż na swe ramiona

„Jeżeli chcesz Mnie naśladować, to weź swój krzyż” – mówi Jezus w Ewangelii. Czy Jezus jest nieludzki? Czy ma jakąś skłonność do cierpiętnictwa, skoro swoim wiernym zaleca drogę krzyżową jako środek zbawienia? Jezus nie jest oczywiście nieludzki - On jest realistą. Wie, że jesteśmy tacy, że to właśnie przez wydarzenia kryzysowe zdobywamy wiarę w to, że zarówno w trudnych doświadczeniach, jak i w ostatnim dniu naszego ziemskiego życia Jezus Chrystus nas wybawi. Nieszczęścia życia na ziemi otwierają nas na szczęście płynące z Nieba. Nie jest przypadkiem, że społeczeństwa krajów najbogatszych najszybciej odchodzą od Boga. Syci odmawiają wzięcia swojego krzyża. Wybierają drogę wygody i materialnego zysku. Jednak straszna jest cena, którą trzeba zapłacić za umknięcie przed wymogami drogi krzyżowej. Jest to zamknięcie się w swoim własnym egoizmie; nieustanny strach, że ktoś chce mnie urazić; lękliwe dbanie o własną reputację i przymus do podkreślania własnej wspaniałości; konieczność sprawdzania, czy moje życie jest udane i czy los traktuje mnie tak, jak na to zasłużyłem; konformizm, który nie pozwala myśleć inaczej niż tłum. Egoizm zabija w nas człowieczeństwo, bo odcina nas od naszego Stwórcy. Dlatego, gdy stoimy przed decyzją, czy brać swój życiowy krzyż niechcianych obowiązków, trudnych przykazań, pracy i ofiary dla innych, to nie powinniśmy mieć wątpliwości. Postąpmy według rady Jezusa. Nie jest ona gołosłowna: On swój krzyż na swe ramiona wziął.


Stacja III
Jezus upada pod ciężarem krzyża po raz pierwszy

Słowo „upadek” nabrało w języku polskim złych konotacji. Mówimy o upadku polityków, gwiazd sportu i rozrywki, gdy mamy na myśli, że ktoś się stoczył, przeżył życiową porażkę, jest kimś przegranym; kimś, kto się nigdy więcej nie podniesie. Nic dziwnego, że ludzie panicznie boją się upadków. Wolą bezpieczeństwo od ryzyka upadku materialnego czy społecznego. Jezus nadaje nowy sens upadkowi. Upadek dla Niego jest nieodzownym elementem Drogi Krzyżowej, czyli drogi naszego uświęcenia i ostatecznie zbawienia. Gdy upadasz, jesteś bliżej ziemi. Prochu ziemi, z którego został uczyniony człowiek. Upadek przypomina więc prawdę o słabości ludzkiej natury.

Upadki wyrabiają w nas pokorę. Dzięki upadkom nie przywiązujemy się zbytnio do naszych małych osiągnięć i stabilizacji. Choć pewnie emocjonalnie nigdy nie będzie nam dane to pojąć, upadki są naszym błogosławieństwem.


Stacja IV
Jezus spotyka swoją Matkę

Kto wie, być może Maryja miała jakieś marzenia dotyczące przyszłości Jej Syna. Prawdopodobnie, jak każda matka, chciała swemu Synowi przychylić Nieba. Na pewno Jej plany nie przewidywały Golgoty. W tym sensie możemy pomyśleć o tym milczącym spotkaniu na Drodze Krzyżowej, choć może wydać się to skandaliczne, jako o spotkaniu, jakie być może wielu z nas w swoim życiu przeżyło. Jest to spotkanie – konfrontacja z zawiedzionymi rodzicami. Być może zawiedliśmy w naszym życiu kogoś innego: przyjaciół, nauczycieli, rodzeństwo. Możemy pomyśleć o tych wszystkich, którzy czegoś od nas oczekiwali, mieli jakieś wymagania, pomysły na nas, a my do tych planów jakoś nie dorośliśmy. Być może ci ludzie mieli wobec nas dobre intencje, też próbowali przychylić nam Nieba.

Ale tak jak Maryja nie była w stanie przychylić Nieba Jezusowi, bo On to Niebo w sposób pełny i niewyobrażalny dla każdego z nas w sobie już posiadał, tak i żaden człowiek nie przychyli i nam Nieba, bo każdy z nas ma swoją własną drogę szczęścia, każdy z nas przeżywa swą własną i niepowtarzalną przygodę z Bogiem. Nie musimy więc się martwić zawiedzionymi oczekiwaniami rodziców, dzieci, przyjaciół, bliskich. Wręcz nie wolno nam realizować cudzych pomysłów na nasze własne życie. Jedyne pomysły, jakie w tym względzie się liczą, są Boga.

 

Stacja V
Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Jezusowi

Pan Bóg często czyni z nas Cyrenejczyków. Niechętnych i niespodziewanych pomocników Jezusa w niesieniu Jego krzyża. Jesteśmy Cyrenejczykami, gdy spada na nas nieszczęście choroby czy śmierć najbliższych. Jesteśmy Cyrenejczykami także i wtedy, gdy przychodzi na nas coś mniejszego kalibru, ale wciąż coś, czego nie planowaliśmy. Nie chcemy tych wydarzeń. Nie chcemy być wytrącani z rytmu naszej codzienności i stabilizacji, tak jak Szymon nie planował dodatkowych zajęć po skończonym dniu pracy. Nasze życie jednak nie jest miejscem, które gwarantuje stabilizację. Grzech pierworodny zbyt zniszczył pierwotne plany Boga wobec ludzkości, by być czegokolwiek pewnym tu na ziemi. Pomoc Jezusowi była marginalnym epizodem w życiu Szymona, ale przecież to ten epizod zmienił życie jego rodziny (według tradycji synowie Szymona zostali chrześcijanami) i zapewnił mu miejsce w historii ludzkości. Mały, drobny, niechciany epizod, a miliardy ludzi na całym świecie wiedzą dzięki niemu, kim był Szymon z Cyreny.

Pomyślmy o tych naszych epizodach, kiedy dzieje się coś niezaplanowanego, z pozoru marnującego nasz cenny czas i energię. Pomyślmy o tych wszystkich naszych czynnościach, w trakcie których drapiemy się w głowę i zastanawiamy: „Po co w zasadzie to robię? Nie powinienem zająć się czymś pożyteczniejszym?” Być może w tych epizodach, na marginesach naszego życia, Bóg ukrył dla nas skarby. Być może z Boskiego punktu widzenia nie są to wcale epizody – być może są to kluczowe i decydujące momenty, w których nasze imiona zapisują się w Księdze Życia, która kiedyś zostanie odczytana na Sądzie Ostatecznym.


Stacja VI
Weronika ociera twarz Jezusowi

Jezus zdecydował się na śmierć krzyżową z własnej woli. Ewangelista Jan zapisał następujące słowa Jezusa: „Nikt mi życia nie zabiera, lecz oddaję je z własnej woli. Posiadam bowiem władzę, aby je oddać, jak i ponownie odzyskać” (J 10,18). Jezus oddaje swe życie dla nas, z naszego powodu. Jest jak dobry rodzic, który zrobi wszystko dla dobra swych dzieci. Ale tak jak bezinteresowna miłość rodzicielska nie oznacza, że dzieci mają być niewdzięczne i nie próbować czasem odwdzięczać się za doznaną miłość, tak samo jest i w naszej relacji z Bogiem. Czasem słyszy się opinie, że księża z ambon winni mówić jedynie o Bożej miłości; że nie powinni w ogóle moralizować. Czyż taka opinia nie przypomina postawy rozkapryszonego dziecka, które uważa, że ma prawo wyłącznie żądać? A przecież Bóg też czegoś od nas oczekuje. Chce, by Jego miłość spotkała się z naszą odpowiedzią. Nawet jeśli będzie to odpowiedź tak skromna jak otarcie twarzy, jak to uczyniła Weronika. Bóg czeka na takie nasze gesty.

 

Stacja VII
Pan Jezus upada po raz drugi pod ciężarem krzyża

Połowa rozważań Drogi Krzyżowej oznacza dla Jezusa kolejny upadek. Być może najtrudniejszy, bo przed Jezusem jeszcze kawał drogi, a jest już naprawdę śmiertelnie zmęczony. Nie ma sensu iść dalej, bo przecież i tak na końcu czeka Go śmierć.

Czy nie brzmi to znajomo? Czyż i nas nie dopada kryzys wieku średniego? Jesteśmy z jednej strony już zmęczeni życiem: ciągłą walką o materialne przetrwanie, ciągnącymi się już lata konfliktami z najbliższymi, a do tego sprawiamy sobie bilanse tego, co się nam udało oraz tego, co nam w życiu nie wyszło. Te bilanse nie zawsze wychodzą pozytywnie. Dodatkowo ciąży nam jeszcze pytanie, po co dalej iść? Czeka nas już przecież tylko starość i śmierć. Przy takim myśleniu łatwo wpaść w depresję, jałowość myśli i poczynań, zgorzknienie. A jednak Jezus wstaje – jeszcze żyje, i to życie, choć będzie trwało jeszcze tylko parę godzin, chce wykorzystać do końca. Jego życie – mimo, iż okrutni ludzie zmieniają je w torturę – wciąż jest darem Jego Ojca. Jeszcze na tej drodze spotka płaczące niewiasty, dobrego łotra, swoją Matkę i ulubionego ucznia. Jeszcze będzie w stanie ogłosić Dobrą Nowinę o miłosiernym Ojcu, jeszcze będzie w stanie zadbać o przyszłość swej Matki, jeszcze zdoła wypowiedzieć ostatnie słowa modlitwy. Dlatego wstaje. I my też, mamy jeszcze wiele do zrobienia. Jest jeszcze sporo zadań, które powierzy mi Bóg, sporo dobra do ofiarowania. Dlatego my też powinniśmy iść dalej bez oglądania się na nasze dotychczasowe porażki, niespełnione marzenia, nieudane bilanse życia.

 

Stacja VIII
Jezus spotyka płaczące niewiasty

Słowa Jezusa: „Nie płaczcie nade Mną! Płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi!” przypominają oczywiście w pierwszym rzędzie o tym, że są większe nieszczęścia niż cierpienia cielesne. Grzech, życie bez jakichkolwiek norm moralnych, obliczone na egoistyczne szukanie wyłącznie własnej korzyści jest większym nieszczęściem niż to, co spotkało Jezusa. Ale w drugim znaczeniu pocieszenie Jezusa można odczytać jako skierowane do wszystkich, którzy kiedyś w przyszłości będą rozważać Mękę Pańską. Jest to wezwanie skierowane w takim razie do nas. W tym sensie jest wskazówką, jak mamy Drogę Krzyżową rozważać. Jest pewna pokusa u kaznodziejów i autorów rozważań dróg krzyżowych, by koncentrować się na cierpieniu Jezusa. Wzbudzać wręcz wyrzuty sumienia: „Patrz! To przez twój grzech Jezus tak cierpi, to ty przybijasz Go do krzyża”. Zapewne zamysł stojący za takimi rozważaniami jest szlachetny. Wzbudzić w nas podziw i uwielbienie dla Chrystusa, ale jednak jest on sprzeczny z wypowiedzią Jezusa. Według niej – to my sami mamy stać się przedmiotem rozważań. Mamy płakać nad sobą, a nie nad Jezusem, tzn. rozważanie Jego Męki, ma stać się pretekstem do rozważenia naszego życia, i to nie tylko w sensie rachunku sumienia, ale również w sensie oczyszczającego rozważania własnych dróg krzyżowych, własnych krzywd i doznanych niesprawiedliwości. Tak, w trakcie nabożeństwa Drogi Krzyżowej mamy prawo zapłakać nad sobą. Nad własnym bólem i cierpieniem, które nosimy gdzieś głęboko w sobie. To prawo daje nam sam Jezus.


Stacja IX
Jezus upada po raz trzeci pod ciężarem krzyża

Jeśli spojrzymy na upadki pod ciężarem krzyża, nie jak to się często dzieje w trakcie rozważań wielkopostnych, jak na metaforę naszych grzechów, lecz jak na symbol tych wydarzeń, które są niezależne od nas, a mimo to, jakoś nas upokarzają, upadlają – może to być na przykład nieszczęście bezrobocia albo rozwodu, to w stacji tej szczególnie powinni odnaleźć się ci, którzy uważają się za szczególnych pechowców; za tych, którym życie niczego nie oszczędza. Przeżywają oni nie jeden, nie dwa, lecz znacznie więcej upadków życiowych. Jeśli dodatkowo zaakceptujemy przesłankę tej medytacji nad śmiercią Jezusa, że oto Jezus w nas przeżywa na nowo swoją Drogę Krzyżową, aby w ten sposób dopełniać dzieła zbawienia świata, to te szczególnie dotknięte przez los osoby mogą wynieść z tej drogi jedno małe pocieszenie. To właśnie w ich życiu Jezus jest najmocniej obecny, to ich los najbardziej upodabnia do swojego. A to może oznaczać kolejne pocieszenie, tym razem już większe: zbawienie jest blisko.


Stacja X
Jezus z szat obnażony

Obnażenie z szat jest torturą psychiczną. Jest cierpieniem związanym z publicznym zawstydzeniem i upokorzeniem. Jest to cierpienie, które tkwi w nas najgłębiej, o którym najtrudniej jest nam zapomnieć. Jak trudno jest zapomnieć żonie, która została w towarzystwie nazwana przez swojego męża „głupią”, o upokorzeniu, jaki przeżyła? Jak ciężko mąż znosi sytuację, kiedy to żona wstydzi się publicznie za niego: za jego dowcipy, niezdarne zachowania? W momentach, w których atakują nas przy innych, czujemy się najkruchsi, najbardziej bezbronni. Możemy przy okazji tej stacji prosić Jezusa o łaskę przebaczenia tym, którzy obdarli nas z szat, tak jak on prosił swego Ojca o wybaczenie Jego prześladowcom. Możemy prosić, aby wytoczył On z nas jad złych wspomnień. Możemy prosić o siłę do tego, by nie czuć się w przyszłości w podobnych sytuacjach bezbronnymi. Jezus dobrze zna nasz ból – sam Go przeżył. Z pewnością przyjdzie więc nam na ratunek.


Stacja XI
Jezus przybity do krzyża

Gdy w Polsce od czasu do czasu wybucha dyskusja o zdejmowaniu krzyży, my wciąż głosimy na naszych nabożeństwach przybicie do krzyża. Jesteśmy masochistami? Nie potrafimy cieszyć się życiem? Musimy na siłę odmalowywać je w czarnych barwach? Oczywiście, nie! Jesteśmy po prostu realistami. Każdy, kto choćby poznał trud emigracji zarobkowej (a w ostatnich latach doświadczenie to jest bliskie milionom Polaków), tj. bycia traktowanym z góry tylko dlatego, że przyjechało się z zagranicy, bycia na łasce i niełasce u obcych; albo każdy, kto ponosi trud wychowania w czasach, gdy powszechne wśród nastolatków stają się zachowania, które wywołują u rodziców przerażenie, wie, że nie musimy się wcale przybijać do krzyża. Życie robi to skutecznie za nas samych, bez naszego udziału. Nie ma znaczenia, czy daną sytuację akceptuję, czy nie. Ona po prostu taka jest. Mogę więc ją traktować jako absolutny bezsens, albo jako coś, co choć trochę mogę przemienić w coś sensownego. Chrześcijaństwo proponuje drugą możliwość. Jest to ofiarowanie swojego krzyża Jezusowi, zjednoczenie swojego cierpienia z Jego Męką, tak aby stało się ono częścią źródła przynoszącego światu życie i odkupienie.

 

Stacja XII
Śmieć Jezusa na krzyżu

Czy śmierć jest końcem wszystkiego? Czy wszystko czym była nasza radość i chęć do życia to po prostu instynkt biologiczny? W ostatnich chwilach swego życia Jezus zawołał: „Ojcze, w Twoje ręce oddaję ducha mego”. Ten gest zawierzenia się Bogu jest najlepszą rzeczą, jaką i my możemy uczynić. Boże, jeśli jesteś, przyjmij moje życie, przyjmij mnie, nie daj mi zginąć! Taka modlitwa nie jest niczym niewskazanym. To modlitwa Jezusa, w której też było miejsce na bezradność człowieka („Boże, mój Boże, Czemuś mnie opuścił?”), człowieka, który już nie potrafi nic uczynić, nie może sobie pomóc. Jest w tej modlitwie miejsce na zaufanie na przekór wszelkim okolicznościom; zaufanie, którym dzieli się Jezus z Dobrym Łotrem: „Jeszcze dziś będziesz ze mną w raju”. Jest to modlitwa, z którą w takim razie możemy łatwo się identyfikować. W chwili śmierci nie będziemy w stanie już nic uczynić, prócz tego gestu zaufania, tego okrzyku w stronę Ojca wbrew wszelkim okolicznościom i wbrew wszelkiej nadziei. Rozważanie Drogi Krzyżowej staje się w ten sposób ćwiczeniem duchowym, przygotowaniem do własnej śmierci, aby w jej obliczu zaufać Bogu.

 

Stacja XIII
Zdjęcie z krzyża

Męka Jezusa w końcu zakończona, dzieło Odkupienia dokonane, Jezus znajduje się w ramionach Matki, wśród swoich najbliższych. Nie jest prawdą, że życie jest pasmem nieszczęść. Już to nasze ziemskie życie powinniśmy się starać czynić jak najbardziej szczęśliwym i ludzkim. Nie wiemy, jakie dokładnie są zamiary Boga względem nas: część z nas idzie dokładnie w ślady Jezusa. Ich moment wytchnienia i odpoczynku następuje dopiero po śmierci. Ale nie musi to być regułą. Być może nasza droga krzyżowa nie skończy się dopiero wraz ze śmiercią. Być może to tylko etap naszego życia, byśmy bardziej docenili to, co od Boga otrzymujemy, albo byśmy stali się bardziej dojrzali, dorośli, odpowiedzialni. Tego nie wiemy. Wiemy na podstawie medytacji nad śmiercią Jezusa jedno: cierpienie nie jest celem samym w sobie, nie jest sensem naszego życia. Jest czymś, co się przydarza, co Bóg jakoś wykorzystuje dla naszego dobra, ale nie jest czymś, co należy do Jego pierwotnego zamysłu względem nas. Bóg cieszy się naszą radością i wygląda naszego szczęścia być może nawet usilniej niż my sami. Nie jest Jego intencją zostawiać nas na krzyżu na wieki. W końcu przyjdzie czas i naszego zdjęcia z krzyża.

 

Stacja XIV
Złożenie do grobu

Najbliżsi Jezusa składają Jego ciało w grobie. W tym momencie już nic więcej nie mogą uczynić. Teraz nadszedł czas działania Boga. Efektów tego działania jeszcze nie mogą przewidzieć, ale długo czekać nie będą. Trochę więcej niż dobę. Choć chrześcijaństwo nie jest religią apatii i często podkreśla się w naszych świątyniach konieczność współpracy z łaską Bożą, to przecież wiadomo, że są momenty, w których wszystko, co możemy, to zostawić sprawę Bogu i czekać na efekty Jego działania. Dla przykładu, w sytuacji wielu kryzysów rodzinnych nie mamy wpływu na drugą osobę. Nie wejdziemy przecież do jej mózgu i nie przeprogramujemy jej myślenia. Wszystko, co możemy uczynić, to oddać sprawę Bogu. To oddawanie spraw Bogu nazywa się modlitwą. Modlitwa przynosi najwięcej dowodów Boskiej obecności, gdyż ludzie, którzy się modlą, mogą powiedzieć: to działa. Modliłem się o rozwiązanie trudnej sprawy i Pan mnie wysłuchał. Czasami nie jesteśmy w stanie przewidzieć, w jaki sposób Bóg zadziała i rozwiąże moje problemy, ale kiedy to rozwiązanie nadejdzie, będziemy dobrze wiedzieć, komu je zawdzięczamy. Modlitwa nie zastępuje naszego działania: pójścia do lekarza, ostrożności w prowadzeniu samochodu, odkładania oszczędności na starość. Modlitwa jest bronią bezbronnych, pozbawionych wszelkich innych środków. Jest złożeniem naszych spraw, problemów, ostatecznie naszego życia do grobu, po to, aby Bóg wskrzesił je z martwych do życia.


Zakończenie

Jest ciekawą rzeczą, że sama Droga Krzyżowa nie ma szczęśliwego zakończenia. Kończy się czekaniem, trzyma nas w zawieszeniu. I dlatego jest taka ludzka. Wyraża pobożność chodzącą twardo po ziemi, nie uciekającą się do abstrakcyjnych rozważań. Ta duchowość wie, że i w życiu nikt nam nie obieca, że wszystko skończy się dobrze. Podkreśla ona też mocno człowieczeństwo Jezusa: odsłania przed nami momenty Jego upadków pod ciężarem krzyża, pokazuje, że potrzebuje On pomocy od Weroniki czy Szymona z Cyreny. Jezus był naprawdę człowiekiem, był jednym z nas, dzielił z nami nasze troski i niedole, radości i marzenia. Stąd dziś marzeniem papieża Franciszka nie jest Kościół nieskalany, ale Kościół ubrudzony. Kościół ubrudzony to ludzie, którzy mogą w jakiś sprawach się pomylić; to księża, którzy podejmują błędne decyzje, być może nawet wyrządzający z obiektywnego punktu widzenia przez te decyzje krzywdę, ale to Kościół, który jest z ludźmi; nie odseparował się od nich dla swej wygody i bezpieczeństwa. Nie myli się tylko ten, kto nic nie robi, kto nie podejmuje ryzyka, kto siedzi bezczynnie na kanapie, by wspomnieć jeszcze inne słynne Franciszkowe określenie. Domagajmy się zatem nie Kościoła, w którym ksiądz będzie zawsze miły i opanowany (choć oczywiście dobrze, żeby tacy księża byli), ale przede wszystkim prośmy o Kościół, który będzie miał odwagę towarzyszenia; o Kościół, którego głównym celem nie będzie moje dobre samopoczucie, lecz moje zbawienie.

 


ks. dr Marek Dobrzeniecki 
wykładowca filozofii na Papieskim Wydziale Teologicznym w Warszawie,
pracuje w parafii św. Stanisława Kostki – sanktuarium bł. ks. Jerzego Popiełuszki
na warszawskim Żoliborzu.