Świadkowie wiary

Sługa Boży ks. Stanisław Sudoł Elżbieta Wiater

Był jednym z tych proboszczów, którzy psują krew reszcie księży w dekanacie a nawet diecezji. Przede wszystkim z tego powodu, że w porównaniu z nim wszyscy wypadają zdecydowanie blado, jeśli chodzi o gorliwość w sprawowaniu sakramentów i sprawy Boże.

Pochodził z chłopskiej rodziny z Zembrzy, wioski w okolicach Rzeszowa. Jego rodzice musieli być dość zamożni, bo ukończył gimnazjum, a w tamtych czasach nauka była kosztowna. Mając 20 lat, został alumnem przemyskiego seminarium duchownego. Kiedy wokół szalała I wojna światowa, młody Stanisław przygotowywał się do zostania kapłanem. Święcenia przyjął z rąk świętego, gdyż wówczas biskupem w Przemyślu był św. Józef Sebastian Pelczar. Miało to miejsce w 1919 r. 

Konflikty narodowościowe

Przez całe życie pozostał wiejskim księdzem. Na początku trafił do Rakszawy, potem do Wiązownicy. Tamtejszy proboszcz był tak zachwycony pracą młodego wikarego, że uprosił biskupa, żeby ks. Sudoł mógł pozostać na dłużej. Tak też się stało, szczególnie że starszy kapłan coraz bardziej podupadał na zdrowiu. Ostatecznie wikary przejął obowiązki swojego przełożonego, w tym także te związane z budową nowego kościoła w jednej z miejscowości należących do parafii.

Po śmierci proboszcza zajął jego miejsce – były to ciężkie czasy II wojny światowej. Na terenach, o których mowa, dochodziło do konfliktów na tle narodowościowym z Ukraińcami, ziemie te odczuły też szczególnie eksterminację Żydów, których wielu mieszkało na tym terenie. Ksiądz Sudoł starał się wyciszać waśnie między Polakami a nacjonalistami ukraińskimi, jednak było to bardzo trudne zadanie. Rozchorował się w tym czasie i przeszedł trudną operację. W związku z napięciami o charakterze narodowościowym, został przeniesiony do kolejnej parafii. W 1945 r. trafił do Dzikowca i tutaj pozostał już do śmierci w 1981 r. 

Uczeń św. Jana Vianney’a

Czasem pukanie w okno rozlegało się już o trzeciej nad ranem – to na plebanię przyjeżdżali ludzie, nieraz z odległych miejscowości, by prosić o spowiedź. Ksiądz Sudoł bez zwłoki ubierał się i szedł do konfesjonału. Były dni, że spowiadał bez przerwy od rana do siedemnastej, kiedy szedł odprawić Mszę św. Dla wielu penitentów spowiedź u niego była początkiem szczerego nawrócenia lub rewolucji w życiu. Był niekwestionowanym autorytetem. Nie było siły, która byłaby w stanie powstrzymać go od udania się z Komunią św. do chorych, a zanosił im Ciało Pańskie nie tylko z okazji pierwszego piątku miesiąca. Bywał u nich częściej, także by dać im dobre słowo i umocnić. Wiele pościł, ludzie widywali go też leżącego krzyżem w kościele, a kiedy odbywały się nabożeństwa czterdziestogodzinne (trwająca 40 godzin bez przerw adoracja Najświętszego Sakramentu – nabożeństwo o charakterze pokutnym), proboszcz adorował wraz z wiernymi, czasem także w nocy.

Sam pochodził ze wsi, doskonale więc rozumiał mentalność swoich wiernych i znał też ich największe słabości. Swojej posługi nie zaczynał od naprawiania lub budowania infrastruktury, ale od nawracania serc i wspierania tych już nawróconych. Mówił ich językiem, także dosłownie, bo znał tamtejszą gwarę. Wiedział, jak argumentować, żeby go słuchali, ale też zdawał sobie sprawę, że najskuteczniejszy będzie przykład jego własnej wiary. 

Duch ubóstwa

Żył Eucharystią, ona stanowiła centrum jego życia, i to podejście starał się przekazać parafianom. Unikał za to jak ognia gromadzenia dla siebie dóbr materialnych. Kiedy wierni, chcąc się odwdzięczyć za posługę, wpychali mu pieniądze, mawiał: „Zabierz tego węża z mojej kieszeni!” Miał jedną sutannę i niezbędne sprzęty, reszty nie potrzebował.

Jest jeszcze jedno podobieństwo ze świętym z Ars – ks. Sudoł bardzo gorliwie modlił się w intencji dusz czyśćcowych. Zdarzało mu się odprawiać Msze św. gregoriańskie w czyjejś intencji, nawet jeśli nie otrzymał ofiary za nie, a tylko dlatego, że ktoś przed śmiercią o to poprosił. Mawiał, że nie odmawia się potrzebującym.

W czerwcu 2019 r. zakończył się jego proces kanonizacyjny na etapie diecezjalnym i akta zostały przekazane do Rzymu. Jest coś zachwycającego w prostocie jego życia i świętości. Aż rodzi się w sercu wołanie, by Bóg dawał nam więcej takich proboszczów.