Polscy kandydaci na ołtarze

Sługa Boży bp Piotr Gołębiowski Elżbieta Wiater

Biskup Piotr Gołębiowski był jednym z tych hierarchów, którzy potrafią połączyć świetne wykształcenie (dwa rzymskie doktoraty!) i wysoką pozycję w Kościele z zachowaniem szlachetnej prostoty w wierze. Zresztą, jak się zdaje, ta właśnie umiejętność pozwoliła mu pozostać wiernym swojemu sumieniu w ciemnych czasach komunizmu, pomimo nieustannych upokorzeń. 

Ocalony przez Maryję

Kiedy był dzieckiem (urodził się w 1902 r.), w jego rodzinnej miejscowości  (Jedlińsku w Radomskiem) i okolicach rozszalała się epidemia tyfusu. Nie było leków ani szczepionki, więc przeżywali tylko najsilniejsi czy to ciałem, czy duchem. Mały Piotrek najciężej z chorego rodzeństwa przechodził gorączkę. Majacząc, wzywał ciągle Matkę Bożą Pocieszenia z pobliskiego sanktuarium w Błotnicy. Ojciec uznał to za wskazówkę i zamówił Mszę św. w intencji chorego dziecka przed cudownym obrazem.

Po jej odprawieniu chłopiec, do tej pory mający gorączkę w okolicach 40 stopni, gwałtownie zaczął wracać do zdrowia. Podobnie szybko zaczął się poprawiać stan pozostałych dzieci państwa Gołębiowskich. Nie dziwi więc, że dziesiątki lat później za hasło swojego pontyfikatu bp Piotr przyjął słowa Maria Spes unica (Maryja to jedyna Nadzieja) i nigdy nie rozstawał się z różańcem.

Za jego pośrednictwem Matka Boża ocaliła Gołębiowskiego, wtedy jeszcze księdza, w czasie II wojny światowej. Szedł wtedy w wiatykiem do umierającej kobiety. Kiedy dotarł do miejsca, gdzie chora ukrywała się z rodziną, jego sutanna była przestrzelona w kilku miejscach, ale różańca nie wypuścił z ręki. Zaopatrzył parafiankę na ostatnią drogę, po czym postanowił wrócić na plebanię. Proszono go, żeby zaczekał do wieczora, że po zmroku będzie bezpieczniej, ale on martwił się, że może przyjść ktoś potrzebujący, a jego nie będzie. Wierni zaczęli więc odmawiać różaniec, a ksiądz poszedł. Kilkakrotnie padał pod ostrzałem, ale dotarł na miejsce bezpiecznie, kiedy kończyli modlitwę. 

„Jednostka o nieprzejednanym, wrogim stosunku do ustroju PRL”

Jeszcze w trakcie wojny ks. Gołębiowski potrafił wstawić się za pokrzywdzonymi parafianami u okupantów, nawet jeśli niosło to ryzyko śmierci. Podobnie po wojnie stawał zawsze po stronie pokrzywdzonych i jedności Kościoła. Był radykalnym chrześcijaninem i pasterzem, a jednocześnie człowiekiem trzeźwym i pełnym szacunku dla wiernych. Oni odpłacali mu miłością tak wielką, że kiedy chciano go zabrać z parafii w Koprzywnicy, by wykładał w seminarium duchownym, próbowali powstrzymać odwożący go samochód, byle proboszcz pozostał. Niestety, okazało się, że i tak musiał ich opuścić – dojazdy były zbyt wyczerpujące.

Dziesięć lat później, w 1957 r. konsekrowano go na biskupa i rozpoczął posługę w diecezji sandomierskiej. To na jej terenie w latach 1962-1968 rozegrała się dramatyczna walka o jedność Kościoła w Polsce. Komunistyczne władze próbowały wykorzystać konflikt między proboszczem i wikarym w parafii w Wierzbicy, by wprowadzić tzw. parafie niezależne, czyli obsadzane przez kandydatów wybieranych przez władze świeckie. Historia była dramatyczna, zaczęła się od porwania bp. Gołębiowskiego (miał jechać w samochodzie na podłodze, pod butami porywaczy.

Uwolniła go milicja, zawiadomiona przez kurię, jednak potem organa rządowe robiły wszystko, żeby ten spór zaostrzyć. Ostatecznie zakończył go przyjazd biskupa, tym razem dobrowolny, do Wierzbicy, i de facto zamieszkanie w „odbitym” w wyniku bijatyki kościele. Milicja biła wiernych, a przeciwni hierarsze parafianie rzucali w niego kamieniami. Plan stworzenia „niezależnych” parafii ostatecznie upadł, ale sandomierski biskup zapłacił wysoką cenę za swój opór.

Pomijając drobniejsze szykany, wymienić należy niewydanie mu paszportu, by mógł pojechać na II Sobór Watykański; aż do 1973 r nie dawano mu pozwolenia na wyjazdy ad limina Apostolorum, nie zaakceptowano też jego nominacji na ordynariusza diecezji. Jednak kiedy wreszcie dotarł do Watykanu, papież Paweł VI powiedział mu, kładąc rękę na swoim sercu: „Stąd nikt nie wyrwie księdza biskupa”. Zarówno Ojciec Święty, jak i dwaj wielcy polscy kardynałowie: Stefan Wyszyński i Karol Wojtyła darzyli bp. Gołębiowskiego wielkim zaufaniem i podziwem. Z pewnością było to dla niego wielkim wsparciem. 

Miłość do Eucharystii

Centrum jego życia był od początku Chrystus Eucharystyczny. Od Niego pewnie uczył się nieustannego ofiarowywania siebie. Marzył, żeby umrzeć podczas Mszy, ale po Komunii. Pan wysłuchał prośby swojego sługi – biskup zmarł podczas rozdzielania Ciała Pańskiego podczas sprawowanej przez siebie liturgii. Było to w Dzień Zaduszny 1980 r. Proces beatyfikacyjny jest już na etapie watykańskim.

 

Elżbieta Wiater – doktor teologii, historyk, autorka kilku biografii świętych, publicystka katolicka. Mieszka w Krakowie.