Cykl Świadkowie wiary

Sługa Boży kard. Stefan Wyszyński Elżbieta Wiater

Kiedy otrzymywał święcenia w 1924 r., zakrystian powiedział mu, że z takim zdrowiem to trzeba na cmentarz, a nie do ołtarza. Chory na gruźlicę, przeraźliwie szczupły, osłabiony tak, że ledwo odprawił swoje prymicje, wbrew przewidywaniom otoczenia przeżył kolejne ponad pięćdziesiąt lat. W ich trakcie mierzył się z doświadczeniem okupacji, trzema latami komunistycznego internowania, z których pierwszy rok spędził w warunkach tak złych, że przeniesiono go m.in. z powodu narzekań strażników na okoliczności pracy. Kilkadziesiąt lat inwigilacji, zastraszania i niesienia ogromnego ciężaru odpowiedzialności za Kościół i to nie tylko w Polsce, ale także w całej strefie kontrolowanej przez Związek Radziecki. Kim był człowiek, który zdołał temu podołać?

Robotnicy i inteligencja

Wcześnie stracił matkę, która umierając, wskazała mu powołanie kapłańskie. Wychowany wśród prostych ludzi otrzymał później staranne wykształcenie w warszawskim gimnazjum. Do końca życia ks. Wyszyński będzie łączył zrozumienie i współodczuwanie z ludźmi niewykształconymi ze świetną formację intelektualną, choć z warstwą inteligencji nie zawsze będzie mu po drodze.

Przed wojną był m.in. kapelanem robotniczych związków zawodowych i z całą ostrością widział głęboki rozziew, jeśli chodzi o stan posiadania, między poszczególnymi warstwami społeczeństwa. Nie pochwalał tego, co świetnie widać choćby w jego stosunku do utraty majątków przez Kościół po wojnie. Uważał, że jest to dobre, bo wreszcie proboszczowie zajmą się duszpasterstwem, a nie dyskusjami o tym, jak w danym roku obrodziło żyto.

W czasie okupacji jeszcze mocniej związał się ze środowiskiem Lasek i wiele zawdzięczał, jeśli chodzi o formację, ks. Korniłowiczowi. Przed wojną ks. Wyszyński należał też do kapłanów związanych ze środowiskiem „Odrodzenia”, czyli duszpasterstwa młodzieży akademickiej. Wyniósł z tego doświadczenia głębokie przekonanie o potrzebie reformy liturgii i upowszechnienia pogłębionego życia duchowego, także tego formowanego dzięki regularnej lekturze Pisma Świętego.

Interrex

Zaskoczyła go propozycja święceń biskupich, przyjął ją pod naciskiem kard. Hlonda. Później z równą rezerwą podejdzie do tytułu prymasa – nie ma złudzeń, z jak potężnym obciążeniem to będzie się wiązało. Za wszelką cenę starał się utrzymać jedność Kościoła, głęboko przekonany, że tylko chrześcijaństwo jest w stanie ocalić człowieczeństwo w narodzie. Postawił wszystko na Maryję i wykreował Jasną Górę na jedno z centralnych miejsc na mapie polityczno-społecznej kraju. Odmiennie niż ówczesna inteligencja katolicka uznał, że należy oprzeć się na religijności ludowej, i czas pokazał, że to okazało się właściwym posunięciem.

Zarzucano mu często wstecznictwo i brak otwartości. Jednak powolność, z jaką wprowadzał później reformy soborowe, nie wynikała z przekonania, że reformy są błędne – wiele z nich sam postulował (np. wprowadzenie języków narodowych do liturgii). Wiedział, że musi wziąć pod uwagę szczególną sytuację Kościoła w Polsce i unikać za wszelką cenę wszystkiego, co może rozbić jego jedność. Dlatego zmiany wprowadzono powoli i z poszanowaniem dla miejscowych tradycji.

Dwóch wielkich

Służba Bezpieczeństwa próbowała też skonfliktować kard. Wyszyńskiego z kard. Wojtyłą. Nigdy im się to nie udało, głównie ze względu na klasę obu kapłanów. Można nawet powiedzieć, że prymas przez dziesiątki lat stanowił dla krakowskiego arcybiskupa zasłonę – że to ten drugi tak naprawdę jest dla nich zagrożeniem, komuniści zorientowali się dopiero na dwa lata przed jego wyborem na papieża.

Wszystko postawiłem na Maryję

Najważniejszą kobietą dla kard. Wyszyńskiego pozostała Maryja, której oddał swoje życie. Wiele dała mu przyjaźń z m. Elżbietą Różą Czacką z Lasek. Wspierały go także panie ze Świeckiego Instytutu, który sam powołał (obecnie Instytut Prymasowski). Ich nieustanna modlitwa a także bezwarunkowa lojalność sprawiły, że miał przy sobie grono ludzi, którym mógł zaufać. Służbom nigdy nie udało się zinfiltrować Instytutu, więc starali się przynajmniej obrzucać go błotem. Niestety, częściowo skutecznie.

Kardynał zmarł w 1981 r., kilkanaście dni po zamachu na Jana Pawła II. Umierał przekonany, że system komunistyczny już chyli się do upadku, bo jak każda rzecz zbudowana na kłamstwie, musi się rozpaść. Na łożu śmierci zapisał: „Moja droga była zawsze drogą Wielkiego Piątku na przestrzeni trzydziestu pięciu lat służby w biskupstwie. Jestem za nią Bogu bardzo wdzięczny”.

 

Elżbieta Wiater - doktor teologii, historyk, autorka kilku biografii świętych, publicystka katolicka. Mieszka w Krakowie.