Świadkowie wiary

Święty Rafał Kalinowski - powstaniec i zakonnik Dorota Giebułtowicz

Jest maj 1864 roku. W więzieniu w Wilnie rozbrzmiewa śpiew Litanii Loretańskiej; to jeden z więźniów – Rafał Kalinowski codziennie głośno wyśpiewuje litanię. Oczywiście naraża się na drwiny ze strony służby więziennej i aresztantów, ale nie zwraca na to uwagi. Jest zdesperowany; wie, że za udział w powstaniu i dowódczą funkcję grozi mu śmierć; jedyny ratunek widzi teraz we wstawiennictwie Najświętszej Panny.

Podczas procesu bierze całą winę na siebie, aby nie przedłużać przesłuchań i nie podawać nazwisk kolegów. Członkowie komisji śledczej znają jego życiową drogę, którą można uznać za udaną karierę w carskim wojsku. Na pewno byli zdziwieni jego decyzją zaangażowania się w tak ryzykowną sprawę. Skazaniec to przecież młodzieniec, który odbywał studia w prestiżowej wojennej Mikołajewskiej Akademii Inżynierskiej w Petersburgu. 

Prawdziwy cud

Po studiach został adiunktem matematyki w Akademii i otrzymał awans na porucznika. Na początku lat 60. XIX wieku młody oficer wojsk carskich podjął służbę w twierdzy w Brześciu Litewskim. Miał zabezpieczone spokojne, w miarę dostatnie życie, praca nie była zbyt uciążliwa, a stosunki z rosyjskimi kolegami układały się bezkonfliktowo. Jednak na zewnątrz zaczęło się wrzenie: po ogłoszeniu branki w styczniu 1863 r., część polskiej młodzieży uciekła do lasu i zaczęła formować oddziały zbrojne. Gdy powstańcy pojawili się w okolicach Brześcia, z twierdzy wyruszył oddział prewencyjny, który bez problemu poradził sobie z źle uzbrojonymi i niewyszkolonymi młokosami. Rafał zdał sobie sprawę, że prędzej czy później będzie zmuszony walczyć przeciwko rodakom. Poprosił o dymisję i zwolnienie z twierdzy.

O dalszych swoich losach zapewne milczał na procesie. Po przyjeździe do Warszawy Rafał odnowił kontakty z kolegami, okazało się, że tkwią po uszy w pracy konspiracyjnej. Zaczął chodzić na spotkania, gdzie studził zapał młodych, występował z argumentami racjonalnymi przeciw demagogom. Znał dobrze siłę carskiej armii i wiedział, że powstanie nie ma szans. Gdy jednak poproszono go o objęcie spraw organizacyjnych w litewskim Wydziale Wojny – zgodził się. Uważał, że jako dobrze wyszkolony oficer nie może się uchylić, jednocześnie chciał tak pokierować powstaniem, by ofiar było jak najmniej. W czerwcu 1863 r. był świadkiem śmierci w Wilnie na szubienicy powstańczego dowódcy Zygmunta Sierakowskiego – stojąc w tłumie nie patrzył na egzekucję, tylko ukląkł i towarzyszył modlitwą duszy skazańca. W kilka miesięcy później, 24 marca 1864 r. sam został aresztowany. Wiedział, że grozi mu kara śmierci. I taki też zapadł wyrok. Rodzinie skazańca udało się jednak dotrzeć do wpływowych osób w Wilnie, dzięki czemu zmieniono wyrok na dziesięcioletnią katorgę. Był to prawdziwy cud. 

„Poznałem wówczas potęgę modlitwy”

Na Syberii Rafał niejednokrotnie odczuwał opiekę Bożą nad sobą. We wspomnieniach utrwalił zwłaszcza decydujący moment, gdy po przybyciu na miejsce, zesłańców rozdzielano do różnych obozów: „Na kilka godzin przed odjazdem w jednej z izb więzienia odprawiła się Msza św., na której kilku z nas komunikowało. Gdym odszedł od ołtarza, zalewałem się łzami i gwałtu wołałem do Pana Boga, aby mnie ratował. I o dziwo Opatrzności Bożej, Bóg ratunku nie odmówił. Zaledwie kilka chwil upłynęło, przybiegł urzędnik z policji, zawiadamiając mnie, iż mam wnet pojechać z nim do gubernatora”. Okazało się, że rodzinie Rafała udało się nawet tu dotrzeć do wpływowych osób, które zobowiązały gubernatora do objęcia skazańca specjalną opieką. Gubernator pozwolił mu wybrać miejsce odbywania kary, roztropnie sugerując kopalnie soli w Usolu. Kalinowski po latach zanotował: „Przeznaczenie mnie do Usola uważam za jedną z tych chwil, które stanowią o przyszłości człowieka w jego pielgrzymce ziemskiej. Była to łaska miłosierdzia Bożego. (…) Poznałem też wówczas potęgę modlitwy. Lecz jednocześnie w miarę otrzymanych dobrodziejstw stałem się dłużnikiem przed Bogiem, jak za to dobrodziejstwo, tak również i za wszystkie inne, które jedne po drugich następowały. Zamiast jednak wdzięczności bez miary, cierniem niewdzięczności serce Zbawiciela przebijałem”.

Tak surowo oceniał siebie, jednak na zesłaniu wszyscy podziwiali jego głęboką pobożność i chęć niesienia pomocy. Współwięźniowie garnęli się do niego. Trzeba też przyznać, że carat nie odmawiał opieki duszpasterskiej skazańcom; na Syberii towarzyszyło im wielu księży, którzy pełnili posługę z poświęceniem, tak że niejednego doprowadzili do nawrócenia. Gdy po odbyciu czterech lat przymusowych robót Rafał miał możliwość wyboru domu do zamieszkania na osiedleniu, starał się, by blisko był kościół lub kaplica; w Irkucku i Permie zamieszkał nawet na plebanii. Przyzwyczaił się do codziennego, rannego uczestnictwa we Mszy świętej, tak że gdy po dziewięciu latach pozwolono mu odwiedzić rodzinę w okolicach Słucka na Polesiu, zastał pod tym względem warunki gorsze niż na zesłaniu: kościoły zamienione w cerkwie, niektóre zupełnie zamknięte. Codzienne przyjmowanie Eucharystii było właściwie niemożliwe. 

Późne powołanie

Po dziesięciu latach odzyskał wolność. Nie od razu jednak zdecydował się na drogę zakonną; przez trzy lata pracował jeszcze jako wychowawca młodego księcia Augusta Czartoryskiego, mieszkał w Paryżu w Hotelu Lambert, podróżował z księciem po Europie. Dopiero w wieku 42 lat wstąpił do nowicjatu karmelitów w Grazu, w Austrii. Później także jego wychowanek „Gucio” Czartoryski wstąpił do salezjanów (po śmierci został beatyfikowany). W zakonie Rafał przeżył 29 lat. Zmarł 15 listopada 1907 r. w klasztorze w Wadowicach w wieku 72 lat.

 

Dorota Giebułtowicz

Redaktor polskiej edycji „Magnificat”