Edytorial

Potrzeba cudu dk. Bogdan Sadowski

Potrzeba cudu

Pamiętam, jak w czasie pierwszych lotów w kosmos pojawiła się plotka, że jeden z radzieckich kosmonautów po wylądowaniu zdecydowanie oświadczył, że nigdzie w kosmosie Boga nie widział. Oczywiście dość szybko pojawiła się kolejna wieść, tym razem dotycząca oświadczenia amerykańskiego kosmonauty, że też tam był i Boga widział wszędzie. Klasyczny problem dotyczący przysłowiowej szklanki w połowie napełnionej wodą. Dla jednych jest to szklanka w połowie pusta, dla drugich w połowie pełna. Problem polega na tym, że obie wersje są prawdziwe i choć nie oddają całej prawdy o przedmiocie obserwacji, to wiele mówią o samym obserwatorze.

Cudami natury zwykliśmy określać te dzieła przyrody, które, wydaje się nam, wykraczają poza normę. Przykładów można wyliczać wiele: od Wielkiego Kanionu Colorado do krzywych drzew niedaleko Gryfina w województwie zachodniopomorskim.

„Cudowne dzieci” (i inni „cudowni ludzie”) z ich niezwykłymi umiejętnościami to kolejne przykłady używania tego określenia. Rodzajów „cudów” jest bardzo wiele także w kontekście  konkretnej kultury. Dla niektórych mieszkańców Afryki takim cudem jest śnieg, a tymczasem Eskimosi nawet nie mają w swoim języku tego słowa. Określają śnieg różnymi pojęciami w zależności od tego, jakiego jest rodzaju.

Podobna różnorodność związana jest z pojęciem cudu religijnego. Poszczególne religie różnie to określają. My cudem najczęściej nazywamy skutek domniemanego działania Boga, także poprzez wstawiennictwo Jego pośredników. Oczywiście najważniejszymi cudami są cuda Jezusa opisane w Ewangelii. Ważnymi cudami są też cuda uznane przez Magisterium Kościoła: objawienia (Fatima, Lourdes), cuda eucharystyczne począwszy od Lanciano w 700 r., do niepotwierdzonych jeszcze przez Kościół cudów w Sokółce w 2008 r. czy Legnicy w 2013 r.

Bywają też „cuda” popkulturowe, jak „objawienia” na wieży kościelnej w Warszawie przy ul. Nowolipki. Pamiętam, że byłem tam w 1970 r. i choć nic nadzwyczajnego nie widziałem, to wielkie wrażenie zrobił na mnie skupiony tłum wpatrujący się w szczyt dachu. Podobne odczucia miałem w latach 80. kiedy to miała się ukazać „Maryja na szybie” okna jednego z mieszkań na parterze bloku warszawskiej dzielnicy Wola. Tłum ludzi nabożnie się zbierał na trawniku, były zapalone świece i modlitwy, choć miałem wrażenie, że bardziej poszukiwano sensacji niż przeżycia religijnego.

Potrzeba doświadczenia jakiegoś cudu jest w wielu z nas bardzo silna. Być może chcemy znaleźć potwierdzenie naszej słabej wiary, a cud największy - przemiana chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa dokonujące się podczas każdej Mszy świętej jakoś nam nie wystarcza.

Czy jednak doświadczenie cudu rzeczywiście może wzmocnić naszą wiarę bardziej niż cud  Eucharystii czy cud odpuszczenia grzechów w sakramencie pojednania?

Miałem szczęście uczęszczać na wykłady z dogmatyki śp. ks. prof. Lucjana Baltera SAC. Pamiętam, jak opowiadał nam historię pewnej kobiety z Francji umierającej z powodu rozkładu kości. W ostatnim etapie tej choroby, już cała w gipsie, bardzo pragnęła pojechać do Lourdes i skorzystać z kąpieli w cudownym źródle. Doświadczyła pełnego i natychmiastowego uzdrowienia, a towarzyszący jej lekarz, choć niewierzący, dostarczył komisji działającej przy tym sanktuarium pełną dokumentację medyczną, dzięki czemu można było ten cud uznać (o takie oficjalne uznanie cudu w Lourdes jest bardzo trudno). Sednem tej historii jest postawa owego lekarza, który mimo bycia naocznym świadkiem tak spektakularnego uzdrowienia, nie zmienił swoich przekonań i pozostał niewierzącym. Druga historia opowiedziana przez ks. Baltera dotyczyła jednego z krakowskich profesorów, także niewierzącego, któremu w dzień wigilii Bożego Narodzenia zmarła mama. Po kilku godzinach, już przy wieczerzy wigilijnej (jak to się często w Polsce zdarza wielu ateistów podtrzymuje tę tradycję), usłyszał dzwonek u drzwi i choć nikogo za drzwiami nie zobaczył, był absolutnie przekonany, że to jego mama. Nie przyjmował do wiadomości żadnych propozycji racjonalnego wyjaśnienia (proste zwarcie w instalacji, a może czyjś żart), wybiegł z domu i w najbliższym kościele zwrócił się do księdza z prośbą o pouczenie, bo jak wyznał: „jestem od dziś wierzący, ale chcę wiedzieć, w co wierzę”.

28 lipca obchodzimy wspomnienie św. Szarbela (Charbela) Makhlufa, prezbitera, mnicha i pustelnika Kościoła maronickiego (jeden ze wschodnich Kościółów katolickich). Jego sława cudownych i spektakularnych interwencji dociera coraz częściej także do Polski. Może być wspaniałym przykładem, jak Bóg odpowiada (może dziś szczególnie), na naszą tak bardzo ludzką potrzebę „cudowności”. Niech jego wstawiennictwo pomoże nam nie tyle poszukiwać cudów, co przyjąć w pełni cud Stworzenia i Odkupienia.


dr. Bogdan Sadowski diakon stały, redaktor naczelny polskiej edycji Magnificat